Samodzielny Publiczny Szpital Rejonowy w Nowogardzie opublikował informację z otwarcia ofert na przygotowanie „Programu naprawczego na lata 2026–2028”. Temat jest gorący. Po ubiegłorocznym finansowym tąpnięciu, kryzysie z wypłatami dla personelu i czasowym zamknięciu oddziałów chorób wewnętrznych oraz chirurgii ogólnej, placówka pilnie potrzebuje realnego ratunku. Wygląda jednak na to, że po raz kolejny skończy się na zakupie urzędniczej podkładki.
Do przetargu na opracowanie „Programu naprawczego na lata 2026–2028” stanęły dwie firmy:
- Inkubator Technologii Smart City Sp. z o.o. ze Łodzi – z wyceną 33 825,00 zł brutto.
- CKSP Sp. z o.o. z Warszawy – która chce wykonać zadanie za 29 028,00 zł brutto.
Jeśli jedynym kryterium wyboru pozostanie cena, zlecenie weźmie firma z Warszawy. Pytanie, które ciśnie się na usta, brzmi: czy dokument za niecałe 30 tysięcy złotych jest w stanie powstrzymać wielomilionowy dług?
Mieszkańcy i radni Nowogardu mogą czuć uzasadnione wątpliwości. Przecież to nie pierwszy raz, kiedy słyszymy o „analizie” i „uzdrawianiu” lecznicy. W ubiegłym roku władze i dyrekcja również zamawiały audyty mające zdiagnozować problemy szpitala. Wydano na nie publiczne pieniądze, a dokument realnie nie wniósł za dużo, poza tym, że m.in. produkty zamawiane do kuchni, z których przygotowywane są posiłki nie było najtańsze i że trzeba szukać taniej.
Poprzedni audyt trafił już na urzędnicze półki, stając się chyba wyłącznie drogą makulaturą. Dzisiaj szpital zlecać chce opracowanie nowych dokumentów i to za okazyjną cenę.
Pytanie, które trzeba zadać wprost, brzmi: czy za niespełna 30 tysięcy złotych ktokolwiek jest w stanie wykonać rzetelne analizy i stworzyć szyty na miarę plan naprawczy? Czy to jedynie kosztowna operacja „odhaczania” przymusu?
Każdy, kto choć trochę zna realia prowadzenia działalności gospodarczej, doskonale zdaje sobie sprawę, że z kwoty 29 000 zł brutto – po odliczeniu podatków, kosztów dojazdów i marży firmy – tak naprawdę niewiele zostaje. Taka stawka nie pokrywa nawet kosztów zatrudnienia dobrego menedżera na jeden miesiąc. Nierealnym jest więc, aby za takie pieniądze powstał produkt „szyty na miarę”.
Aby stworzyć prawdziwy, indywidualny plan, zespół zewnętrznych ekspertów musi przecież wejść do szpitala, spędzić tam sporo czasu, dokładnie prześwietlić umowy z dostawcami, zweryfikować strukturę zatrudnienia, zbadać realną opłacalność każdego oddziału i znaleźć uciekające miliony. To są setki godzin ciężkiej pracy specjalistów od zarządzania.
Za zaproponowaną w przetargu kwotę możemy spodziewać się jedynie gotowego, uniwersalnego szablonu. Wykonawca po prostu wklei w niego cyfry, które dostarczy mu szpital, dopisze standardowe formułki i odeśle segregator z dokumentami, które będą formalnie zgodne z prawem.
I tu dochodzimy do sedna sprawy. Przypomnijmy, że program naprawczy musi zostać stworzony w momencie, gdy roczna strata netto placówki przekroczy 1% jej przychodów. Czy jako mieszkańcy powinniśmy się martwić tak niską kwotą zamówienia? Czy uzasadnione staje się pytanie: czy dyrekcja szpitala chce jedynie na papierze wywiązać się z narzuconego prawem obowiązku?
Zamiast zapłacić raz, a konkretnie, za analizy stworzone pod specyfikę naszego szpitala, ryzykujemy po prostu wydanie kolejnych publicznych pieniędzy. W efekcie dostać możemy dokument, którego jedynym realnym celem będzie biurokratyczne odhaczenie przymusu, urzędniczy parawan dymny i kosztowne kupowanie tylko i wyłącznie świętego spokoju na jakiś czas. Dzięki temu zniecierpliwieni radni przynajmniej na jakiś czas przestaną naciskać, a uzasadnione obawy mieszkańców zostaną w sprytny sposób rozmyte.















