„Afera” mandatowa w Nowogardzie weszła w kolejną fazę, a reakcja Wojewody Zachodniopomorskiego była w tej sprawie wręcz podręcznikowa. Zgodnie z procedurami organ nadzorczy po otrzymaniu zawiadomień przekazał je do Rady Miejskiej, dając samorządowcom 30 dni na zbadanie spraw i podjęcie stosownych uchwał. Tymczasem w gminie wszystko się posypało.
Komisja doraźna, która została powołana podczas sesji 2 lipca 2026 r., wykonała swoją pracę i wypracowała stanowiska, ale prezydium rady po „ucieczce z sesji radnych z klubu burmistrza – zamiast zwołać kolejną sesję, by radni mogli w głosowaniu przyjąć lub odrzucić te stanowiska – zapadło wygodne milczenie. Czy to przypadek, czy celowa kalkulacja? Wygląda na to, że to, co z mocy prawa powinna zrobić Rada Miejska, z powodu bierności przewodniczącego Rady Miejskiej będzie musiał w trybie zastępczym wykonać Wojewoda.
Ta sytuacja w nowogardzkim samorządzie obnażyła dwa skrajnie różne podejścia do sprawowania funkcji publicznej.
Gdy zwołano komisję w sprawie zawiadomienia dotyczącego radnego Tobiasza Lubczyńskiego, ten nie potrzebował specjalnych zaproszeń ze złoconymi literami ani rozwijania czerwonego dywanu. Przyszedł, stanął twarzą w twarz z zarzutami, które w anonimowym piśmie wpłynęły do Wojewody, przedstawił stanowisko i złożył wyjaśnienia. Zrobił to z szacunku i poczucia obowiązku wobec radnych i przede wszystkim swoich wyborców.
Zupełnie inaczej postąpiła radna Katarzyna Korycka, która zignorowała posiedzenie, jak i członków komisji, a finalnie uciekła z obrad wraz z klubowymi kolegami, doprowadzając do zerwania kworum z obawy przed głosowaniem wypracowanych stanowisk.
Czy udział w pracach komisji i składanie wyjaśnień przed kolegami z rady uznała za poniżej swojej godności? Zamiast zabrać głos przed komisją, opracowała 13-stronicowe pismo i wraz z załącznikami zawiozła je osobiście do Urzędu Wojewódzkiego.
Radna Korycka w swoim piśmie do Wojewody, do którego dotarliśmy, wprost zasypała organ nadzorczy serią żali i pretensji. Pisze w m.in.: „Nie zostałam zaproszona na posiedzenie komisji. Nie umożliwiono mi przedstawienia wyjaśnień. Nie zostałam zawiadomiona o posiedzeniu w sposób umożliwiający przygotowanie stanowiska. Nie zwrócono się do mnie o wyjaśnienia, nie poproszono o dokumenty…”
Czytając tę litanię, można odnieść wrażenie, że oczekiwała co najmniej imiennego zaproszenia na czerpanym papierze, wniesionego na tacy przez halabardzistów.
Przypomnijmy jednak fakty z sali obrad: radna Korycka brała udział w głosowaniu nad powołaniem tej komisji! Doskonale wiedziała, kiedy i w jakim celu zostaje zwołane jej posiedzenie. Co więcej, komisja była całkowicie otwarta dla wszystkich radnych i mieszkańców – nikt nie zamykał przed nią drzwi, nikt jej nie zabraniał wejść, usiąść i choćby posłuchać obrad, skoro dotyczyły bezpośrednio jej osoby. Radny Lubczyński potrafił wziąć czynny udział w posiedzeniu, a radna Korycka po prostu wolała udawać, że tematu nie ma.
Czytając fragmenty jej wyjaśnień złożonych do Urzędu Wojewódzkiego, można ulec wrażeniu, że radna w ogóle pomyliła adresatów. Zamiast merytorycznego stanowiska prawnego zawiozła do urzędu… emocjonalny, autorski życiorys, który momentami przypomina list motywacyjny na stanowisko „ministry ds. aktywności społecznej”.
Główna linia obrony radnej opiera się na twierdzeniu, że formalne członkostwo w radzie fundacji to nie to samo co zarządzanie działalnością gospodarczą. Korycka przekonuje Wojewodę, że skoro fundacja pod jej bokiem nie odbywała posiedzeń, ona nie brała za to pensji i nie podpisywała umów, to przepisów o zakazie łączenia funkcji po prostu nie złamała.
Tyle że ta prawna argumentacja szybko ustępuje miejsca laniu wody i autopromocji. Radna wprost chwali się wojewodzie swoimi dokonaniami: „Działam społecznie w wielu obszarach, m.in. poprzez organizację cyklicznych spotkań dla kobiet „Cud Kobiecości”, działania profilaktyczne i psychoedukacyjne. Otrzymałam również certyfikat…”. Tłumaczy przy tym, że rezygnację z Rady Fundacji złożyła, bo… rozważała start w konkursie na Prezesa tej fundacji!
Wątek politycznego „odwetu”, który został poruszony w piśmie z grzeczności pominiemy. Ciekawszy jest bowiem wpis, jaki radna zamieściła w sieci 6 lipca, tuż po wizycie w Szczecinie. Korycka obwieściła w nim: „Dziś złożyłam swoje pisemne wyjaśnienia do Wojewody (…) czyli tam, gdzie ta sprawa powinna zostać oceniona (…) Swoje stanowisko złożyłam tam, gdzie powinno być złożone.”
To stwierdzenie pokazuje albo kompletny brak znajomości podstaw prawa samorządowego albo cyniczną grę pod publiczkę. Ta sprawa w pierwszej kolejności powinna zostać rozpatrzona i przegłosowana w Nowogardzie – co potwierdził w odpowiedzi na nasz wniosek sam Wojewoda. Organ nadzorczy wkracza dopiero wtedy, gdy gmina zawiedzie, bo jego rola ma charakter wyłącznie następczy.
Korycka pojechała do Szczecina 6 lipca 2026r., pozując przed urzędem z uśmiechem i reprezentacyjną teczką z herbem Nowogardu – jakby wiozła co najmniej oficjalną uchwałę rady albo kluczowe stanowisko Burmistrza. Czy ta urzędowa oprawa miała dodać powagi jej pismu, a radna już wtedy wiedziała, że przewodniczący z jej ugrupowania zablokuje obradowanie w radzie?
Próba postawienia się ponad lokalną radą, ignorowanie procedur i wysyłanie do Szczecina wielostronicowych pism nie zmienią jednak faktów. Biuro podawcze urzędu Wojewódzkiego pismo przyjęło, ale jak zaznaczył Wojewoda- wciąż czeka na stanowisko nowogardzkiej Rady Miejskiej.
Warto wspomnieć na koniec, że brak podjęcia uchwały przez RM nie sprawi, że sprawa po prostu rozpłynie się w powietrzu. Wojewoda brak decyzji radnych potraktuje jako bezczynność organu. W takiej sytuacji organ nadzorczy najprawdopodobniej wystosuje ostateczne, formalne wezwanie do podjęcia uchwały w dodatkowym terminie. Jeśli radni w Nowogardzie ponownie schowają głowę w piasek i nie zastosują się do wezwania, Wojewoda będzie zmuszony wyręczyć tych, których prawnym obowiązkiem było zbadanie sprawy i zajęcie oficjalnego stanowiska.










