Kiedy pierwszy raz pojawił się pomysł zakładu utylizacji w Glicku też nie zaczęło się od wielkiej kampanii informacyjnej. Też najpierw było cicho, a potem pojawiły się zapewnienia, że to potrzebna i dobra inwestycja. Wtedy sekretarz gminy, Agnieszka Biegańska-Sawicka – dziś radna Rady Miejskiej – przekonywała, że zakład to szansa dla gminy, bo do budżetu wpłyną podatki.
Ale mieszkańcy nie chcieli słuchać wyłącznie o podatkach. Patrzyli na swoje domy, na swoje podwórka, na lasy i pola wokół. Wiedzieli, że zakład utylizacyjny to nie jest neutralna inwestycja. W protestach brali udział zwykli mieszkańcy, ale też lokalni radni – między innymi radny Edward Gała, ojciec obecnego wiceburmistrza Nowogardu. Wtedy sprzeciw wobec tej lokalizacji był wyraźny. Ludzie się organizowali, rozmawiali, naciskali. Inwestycja ostatecznie nie powstała.
Wtedy inwestor, Jarosław Smal, miał odwagę wyjść do ludzi. Spotykał się, rozmawiał z radnymi, publicznie przedstawiał swoje stanowisko. Dyskusja była ostra, ale była jawna.
Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Postępowanie w sprawie planowanej instalacji do przetwarzania odpadów – określanej przez wielu mieszkańców jako „spalarnia” – zostało wszczęte 29 grudnia 2025 r. przez gminę Nowogard na wniosek Przedsiębiorstwa Telekomunikacyjnego TELEKOM WARMIA Sp. z o.o.
Z danych rejestrowych wynika, że działalność spółki do tej pory obejmowała głównie roboty związane z budową linii telekomunikacyjnych oraz elektroenergetycznych, a jej kapitał zakładowy wynosi 52 000 zł. W aktualnym wpisie PKD nie widnieją na ten moment żadne kody dotyczące przetwarzania odpadów ani wytwarzania energii, a podmiot wnioskuje dziś o możliwość przetwarzania do 100 000 ton odpadów rocznie na terenie nasze Gminy.
Informacja o wszczęciu postępowania została wywieszona w jednej miejscowości, w innych – cisza. Nie zorganizowano do tej pory otwartego spotkania z mieszkańcami. Nie było debaty o skali inwestycji. Podczas ostatniej transmisji burmistrza Nowogardu padło pytanie o tę sprawę – odpowiedź ograniczyła się do odczytania oświadczenia, że nie może on się wypowiadać, ponieważ inwestor mógłby uznać to za działanie na jego szkodę.
Czy przy inwestycji tej skali brak rozmowy może mówić więcej niż jakiekolwiek deklaracje?
Mówimy o instalacji, która ma przetwarzać ogromne ilości odpadów. Z raportu wynika jasno: maksymalna przepustowość instalacji to do 100 000 ton rocznie.
Nie kilka tysięcy.
Nie „lokalne odpady”.
Sto tysięcy ton rocznie.
To jest skala przemysłowa.
Przy takiej skali nie ma mowy o instalacji dla jednej gminy czy województwa. Sto tysięcy ton rocznie oznacza stały dowóz z zewnątrz. Z regionu, z innych województw, a może nawet zza granicy, bo i takie informacje pojawiają się w przestrzeni publicznej.
Z raportu dostępnego w gminie wynika również, że nie chodzi tylko o „bioodpady”. W katalogu odpadów pojawiają się m.in. odpady z rolnictwa i przemysłu spożywczego, osady, biomasa, ale też kody obejmujące odpady takie jak zwierzęta padłe, tkanki zwierzęce, materiały szczególnego i wysokiego ryzyka.
To przedsięwzięcie o ogromnym zasięgu.
Wystarczy spojrzeć na Słajsino.
Tam również zaczynało się od zapewnień o nowoczesnym rozwiązaniu. Dziś do instalacji trafiają odpady komunalne z ponad 30 gmin. Ciężarówki stały się stałym elementem okolicznych dróg. W relacjach mieszkańców pojawiają się opisy uciążliwości nieprzyjemnych zapachów rozchodzących się po całej okolicy, problemów z owadami, czy zmienionego krajobrazu, poprzez walające się po okolicy śmieci. To już nie jest teoria. To codzienność ludzi, którzy tam mieszkają.
I teraz trzeba postawić pytanie wprost: skoro nasza gmina już dziś obsługuje znaczną część regionu w zakresie gospodarki odpadami, to czy naprawdę chcemy w kolejnym miejscu budować następną instalację? Czy chcemy, by do Glicka trafiały kolejne tysiące ton odpadów – być może trudnych, problematycznych frakcji – tylko dlatego, że ktoś widzi w tym biznes? Czy chcemy, żeby ich utylizacja odbywała się na terenie naszej Gminy?
Dla inwestora to liczby I pieniądze. Dla mieszkańców – powietrze, droga, krajobraz i spokój.
Już kiedyś mieszkańcy tej okolicy powiedzieli „nie” i potrafili się zjednoczyć. Wśród nich byli zwykli ludzie i radni, którzy stanęli po stronie społeczności. Dziś znów stoimy przed decyzją, która może zdefiniować naszą gminę na dekady.
Pytanie brzmi: czy tym razem mieszkańcy też zabiorą głos, czy pozwolą, by wszystko rozstrzygnęło się w ciszy?
Zdjęcie: gs24.pl, onet.pl
Autor: Redakcja


