W zeszły czwartek Wojewódzki Sąd Administracyjny oddalił skargę wniesioną na decyzję ZRID dotyczącą budowy drogi na tzw. Nowych Kulicach. Wyrok nie jest prawomocny.
Z ustnego uzasadnienia wyroku wynikało, że sąd nie może uchylić całej decyzji, kiedy tylko jej fragment okazuje się wadliwy. Dlaczego nie uchylił decyzji w zaskarżonej części, o co było wnoszone, jeszcze nie wiemy. Może dowiemy się z pisemnego uzasadnienia.
Wiemy natomiast coś zupełnie innego – i to znacznie bardziej wymownego. Wiemy mianowicie, jak w praktyce wygląda wyznaczanie granic i jak machina wywłaszczeniowa potrafi jednych potraktować wyjątkowo łagodnie, a innych wyjątkowo dotkliwie. Zacznijmy od samej geografii przedsięwzięcia, bo to ona najdobitniej pokazuje efekt przyjętych rozwiązań. Projektowana droga biegnie tuż przy ogrodzeniu pewnej nieruchomości. Tam nie zabrano nawet centymetra gruntu. Za to po przeciwnej stronie projekt przewidział wywłaszczenie sięgające od dziewięciu do niemal 6 metrów w głąb prywatnej działki…
Kiedy na etapie planowania tej inwestycji zarówno my, jak i inni zadawaliśmy proste pytanie: „dlaczego droga idzie właśnie tak?”, nikt nie otrzymał odpowiedzi. Były za to zdawkowe formułki, które stały w jawnej sprzeczności ze stanem faktycznym. Pojawiały się kłamstwa z ust burmistrza Nowogardu, jak i manipulacje ze strony urzędnika nowogardzkiego magistratu. Jednak konkretnej odpowiedzi nigdy nie było.
Kolejna wersja pojawiła się podczas przesłuchania prowadzonego przez policję. I była równie osobliwa. Kiedy padło pytanie, dlaczego ta jedna nieruchomość została w całości pominięta przy wywłaszczeniu, pracownik Urzędu Miejskiego w Nowogardzie oświadczył, że mogła być taka sytuacja, że nieruchomość ta znajdowała się „na tyle daleko od inwestycji, że nie było potrzeby jej wywłaszczać”.
Tak, tak. Planowana droga, która przebiega tuż przy jej ogrodzeniu, według urzędnika nowogardzkiego magistratu może być na tyle „daleko”, że nie było potrzeby zabierania tam nawet centymetra. Za to po przeciwnej stronie można było wejść z impetem. No ale cóż… Wszystko to – jak wynika z policyjnej notatki – miało być „sprawiedliwe” i „proporcjonalne”. Co ciekawe, nawet pełnomocniczka Gminy – właścicielka firmy realizującej projekt – nie uważała takiego przebiegu ani za uzasadniony, ani sprawiedliwy, no ale, jak to określiła w marcu zeszłego roku, trasę tak nakazał poprowadzić burmistrz.
Mimo to, jak usłyszeliśmy na sali sądowej, wszystko odbyło się zgodnie z prawem, bo… pod tak wyrysowanym przebiegiem podpisał się przecież uprawniony projektant, a to właśnie on odpowiada za przyjęte rozwiązania projektowe. I tutaj dochodzimy do sedna. Kto właściwie odpowiada za takie rozwiązanie? Burmistrz? Oficjalnie przecież nie projektował. Starosta? Ma dokumentację sporządzoną przez uprawnionego projektanta, jego podpis, pieczątkę i oświadczenie o sporządzeniu projektu zgodnie z obowiązującymi przepisami oraz zasadami wiedzy technicznej. Wojewoda? W zakresie rozwiązań projektowych odpowiedzialność odsunął również do projektanta.
I koło się zamyka. Projektant zaprojektował. Projektant podpisał. Projektant swoim nazwiskiem i uprawnieniami firmuje przyjęte rozwiązania projektowe. Skoro więc w kwestii tych rozwiązań wszystkie drogi prowadzą do projektanta, tę odpowiedzialność sprawdzimy do samego końca. Tak już zupełnie z czystej ciekawości. 😉
O ile jednak za rozwiązania na papierze odpowiada projektant, o tyle robi się znacznie ciekawiej, kiedy zatwierdzoną dokumentację trzeba przenieść w rzeczywisty teren. Projekt jest. Decyzja jest. Podpis jest. Pieczątka jest. Tylko miejsca potrzebnego do wykonania części przewidzianych prac nie ma. Projektant przewidział, co trzeba zrobić, ale nie objął inwestycją terenu niezbędnego do wykonania prac. W efekcie bez zgody właścicieli na wejście i ingerencję w pozostały prywatny grunt części rozwiązań z dokumentacji nie da się zrealizować.
I co wtedy? Jak usłyszeliśmy na sali sądowej, „przecież zawsze można się dogadać”. 😅 Czyli za dokumentację odpowiada projektant, ale problem jej wykonania jest już zmartwieniem inwestora. To on ma się „dogadać” i znaleźć sposób na realizację tego, czego projektant nie przewidział w granicach inwestycji. Załóżmy więc, że inwestor się „dogada”. Problem rozwiązany? Niekoniecznie. Bo wtedy przychodzi czas na wykonanie robót – i do układanki dołącza wykonawca.
Dokumentacja jest zatwierdzona. Podpisana. Opieczętowana. Tylko co, jeśli wykonane na jej podstawie roboty w rzeczywistym terenie nie spełniają wymagań technicznych albo stwarzają zagrożenie? Wtedy problem wędruje dalej. Razem z inwestycją. A decyzja? Decyzja zostaje. Zmienia się tylko ten, kto akurat ma problem do rozwiązania. 😉 I chyba właśnie na tym polega największy „geniusz” tego mechanizmu.
Osobny rozdział tej historii stanowi chronologia urzędowych akt i inne wątki, które pojawiły się w całej sprawie. Na razie pomijamy to, kto, komu, kiedy, gdzie i w jaki sposób – bo to zdecydowanie zasługuje na oddzielny materiał. I na pewno do tego wrócimy w wolnej i odpowiedniej chwili…
Nie możemy natomiast pominąć wątku bezpośrednio związanego ze skutkami decyzji ZRID, czyli fizycznego wydania nieruchomości Gminie Nowogard. Formalnie nie był to przedmiot rozprawy, ale dalszy przebieg wydarzeń jest na tyle „ciekawy”, że warto go opisać.
Gmina wyznaczyła ostatni termin wydania wywłaszczonej nieruchomości do 3 sierpnia 2026 r. Nie odebrała jej, bo… w sumie nie wiadomo. Nikt z urzędu z protokołem się nie stawił. Bez niego też nie. 😅 Ale… już następnego dnia sprawa została skierowana na drogę egzekucji administracyjnej. Starostwo Powiatowe w Goleniowie, bez mrugnięcia okiem i bez weryfikacji, czy doszło do jakiejkolwiek próby przejęcia, wszczęło postępowanie, bo gmina mocno naciskała. 😉
W konsekwencji organ egzekucyjny wyznaczył termin czynności na 26 września o godzinie 10.00. Z otrzymanych informacji wynika, że na nieruchomości ma stawić się wtedy przedstawiciel Starostwa, a czynności mają odbywać się w asyście Policji. Czy można podjąć takie czynności tylko dlatego, że gmina zaniechała próby przejęcia? Odpowiedź poznamy za kilka miesięcy, ale ten mechanizm znamy.
Już na etapie postępowania ZRID starosta nie wykonał tego, do czego był zobowiązany, co wskazał sam Wojewoda. I co? Decyzja została. Postępowanie poszło dalej. Żadnej odpowiedzialności. Więc nawet jeśli za kilka miesięcy okaże się, że postępowanie wszczęto bezpodstawnie, pozostanie jedno pytanie: kto odpowiada za to, że organ państwa najpierw działa, a dopiero później sprawdza się, czy w ogóle miał do tego podstawy?
Bo jak dotąd odpowiedzialność administracji wygląda dość osobliwie. Naruszenie obowiązków przez organ nie zatrzymuje sprawy. Postępowanie toczy się dalej, skutki pozostają, a odpowiedzialności nie ma.
Ale… ponoć nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Właściwie to teraz dochodzimy do wniosku, że mieliśmy sporo szczęścia. Po przeciwnej stronie naszej nieruchomości są akurat pola. Gdyby znalazł się tam jeszcze jakiś „dobry kolega”, być może zamiast trzech przyszłoby nam oddać dziewięć metrów. Albo przy okazji rozebrać taras. 😅 Oczywiście wiemy, że za przebieg odpowiada projektant.
A że przy jednej nieruchomości droga może przebiegać tuż przy ogrodzeniu i nie zabrać nawet centymetra, podczas gdy po przeciwnej stronie potrafi wejść nawet dziewięć metrów? Cóż. Najwyraźniej tak w praktyce prezentuje się NOWA jakość przy NOWEJ drodze na Nowych Kulicach.😉

















